wtorek, 7 czerwca 2011

(Prawie) koniec studiów

 Nie myślałam, że mnie to spotka. Ostatnie zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim. Do tego ćwierćwiecze zbliża się jak siekiera odrąbująca mi pierwszą młodość. Życie na zniżkach, legitymacjach, wymówkach, że przecież się studiuje, właśnie dobiega końca. I teraz strach, że jak pójdę do pracy, wejdę w poważny związek i w ogóle, stracę tyle prostych przyjemności... Czy można bez nich być?  Musiałam porobić im zdjęcia.

Czy będę miała czas na szwędanie się nad Wisłą bez konkretnego celu?


Moi przyjaciele już nie będą robić magisterki, żeby ją oblać w plenerze. Będą pracować.


Nie będzie stania pod IKP-em na papierosie.


Nie będę wpadać po zajęciach na Wojtka, człowieka tornado, z którym niejedno piwo się rozlało. 


Nie będzie nudnych wykładów w starym BUW-ie.

 
Skończy się przesiadywanie na Wydzale Grafiki u Ani, wdychanie benzyny i farby drukarskiej, palenie na korytarzach, podziwianie obrazków, animacji, litografii, gadanie, gadanie, gadanie. I Fuksówki.


Czy starczy sił na imprezy Ładnej Pogody feat. Kolana w Eufemii?


Na pewno nie będzie czasu na przesiadywanie w Osirze bez końca, a tam jest tak super.


Jak długo będę się czuła dzieckiem, kiedy jedziemy z rodzicami i Julkiem na działkę?





Czy będę po pracy zauważać koty w oknach? Czy będzie mi się chciało robić im zdjęcia?


Co będzie, jeśli Nasier i Senk zostaną krakusami?!!!


Nie będzie więcej śmiechowych dni, zamulania pod jabłonką, jedzenia lodów i opowiadania sobie sucharów?



I odwiedzania Kasi na ASP na Spokojnej, gdzie jest jak na koloniach i ludzie sobie grillują na koniec roku?


Czy będzie czas na podziwianie gołębników, w których ptaki miewają puchate łapki? Ja nie wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz